Nasz akademik zamienił się w stację pakowania. Składaliśmy koszule o 2 w nocy, otoczeni kartonami i napojami energetycznymi.
Nazwaliśmy markę „Doorstep”.
Lenie podobał się dźwięk. Mnie podobała się symbolika.
Moja mama była tam od samego początku.
Po ukończeniu studiów wynajęliśmy maleńkie biuro. Jedno biurko, kilka regałów, żadnych otwieranych okien. Żadnych inwestorów, żadnych bogatych rodziców. Tylko długie dni i nastawienie „damy radę”.
Ciągle popełnialiśmy błędy. Złe rozmiary, spóźnione zamówienia, źli dostawcy. Naprawiliśmy to, wyciągnęliśmy wnioski i działaliśmy dalej.
Moja mama była tam od samego początku.
Przychodziła po pracy, stawiała krzesło przy drzwiach i składała koszule w idealnie ułożone stosy.