Ożenił się z litości, gdy przyszła z zaokrąglonym brzuchem. A potem los wystawił ich na próbę

— Ożenię się. Co innego? Dziecko nie może rosnąć bez ojca, bez nazwiska, bez poczucia, że ktoś jest po jego stronie. Ja wiem, jak smakuje samotność.

„Nie chcę, żeby moje dziecko kiedykolwiek pomyślało, że zostało porzucone.”

Katierina drgnęła. Ich rodzice — jej matka i ojczym Aleksieja — zginęli w wypadku, gdy chłopak miał osiem lat. Ona, dwudziestoletnia wtedy dziewczyna, musiała wybierać między własnym życiem a opieką nad bratem. Wybrała brata. A Pietrowicz, człowiek małomówny, ale solidny, przyjął go do domu bez jednego słowa sprzeciwu.

— Teraz grasz na moich uczuciach? — zapytała, choć w głosie słychać było nie złość, a strach.

— Nie. Mówię, jak jest. Ty i Pietrowicz byliście dla mnie jak rodzice. I chcę, żeby to dziecko też miało kogoś, kto zostanie.

— Ale ty jesteś młody… A jeśli ona okaże się obca? Jeśli nie będzie wam po drodze? — naciskała Katierina. — Rozstaniecie się i co wtedy?

— To trzeba zrobić tak, żeby się nie rozstać — odpowiedział uparcie. — Będę się starał.

Wieczorna narada na ganku
Wieczorem, gdy Pietrowicz wrócił z fermy, Katierina wyrzuciła z siebie wszystko. Siedzieli na ganku, popijając herbatę z ciężkich kubków, a sierpniowe gwiazdy zapalały się jedna po drugiej.

— W jego oczach nie ma radości, Pietia — westchnęła. — On o ślubie mówi tak, jakby brał dodatkową zmianę w pracy. Gdzie tu uczucie?

Pietrowicz upił łyk i odparł spokojnie:

— Miłość bywa różna. Czasem spada na człowieka nagle, a czasem rośnie powoli: z wdzięczności, ze szacunku, z chęci bycia porządnym. On jest odpowiedzialny. Sama go tego nauczyłaś. Może się ułoży.

Katierina bała się, że brat wejdzie w małżeństwo bez serca.
Pietrowicz wierzył, że dobre intencje potrafią przerodzić się w bliskość.
Oboje wiedzieli jedno: zostaną obok, gdyby miało być trudno.
— A jeśli nie? — zapytała cicho.

— To będziemy blisko. I pomożemy — uciął krótko.

Wesele, o którym mówiono tygodniami
Ślub zrobili w połowie września. Katierina wydała oszczędności odkładane na nowe buty i zimowe opony do ciężarówki, ale przyjęcie zorganizowano takie, że w Kozłówce i Leśnych Kluczach jeszcze długo o nim gadano. Stoły ustawiono na podwórzu, przykryto ceratami, a jedzenia było po brzegi: galarety, kapuśniaki w pierogach, pieczone mięsa i słoiki z przetworami.

Nina siedziała blada, jakby chciała zniknąć. Była pulchna, o łagodnych rysach i niepewnym spojrzeniu; najczęściej patrzyła w talerz. Tylko czasem zerkała na Aleksieja ukradkiem — z nadzieją, która przypominała ciche, wierne oczekiwanie.

Katierina obserwowała brata i w duchu nie umiała przestać myśleć, że los zakpił z nich obojga. Aleksiej był przystojny, silny, pewny w ruchach — a przecież stał obok żony, jakby dopiero uczył się tej roli.