Zapadła cisza.
Potem kontynuowałem:
— Nie ufałem ci, kiedy chciałeś tylko pomóc. Kazałem ci ciężej pracować, źle do ciebie mówiłem… a nawet wtedy nigdy nie narzekałeś.
Lucía westchnęła.
— Danielu… Nie chciałam rozwodu. Chciałam tylko, żebyś traktował mnie jak partnera, a nie kogoś, komu nie można zaufać.
Poczułem ucisk w gardle.
— Wiem… ale zrozumiałem to za późno.
Mateo pobiegł z powrotem i usiadł między nami.
— Czy moglibyście oboje przyjść na festyn szkolny w piątek? — zapytał podekscytowany.
Lucía i ja spojrzeliśmy na siebie.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu… oboje się uśmiechnęliśmy.
— Oczywiście — powiedziałem.
W ten piątek poszedłem do szkoły.
Mateo śpiewał na scenie ubrany w swoją małą białą koszulkę.
Kiedy skończył, pobiegł w naszym kierunku.
— Widziałem cię! Byliście razem!
Lucía i ja znów spojrzeliśmy na siebie.
Tym razem uśmiech był inny.
Grzałka.
Bardziej ludzkie.
Gdy wychodziliśmy ze szkoły, Lucía odezwała się cicho.
— Danielu… jeśli naprawdę się zmieniłeś… możemy spróbować być razem dobrymi rodzicami. Dla Mateo.
Skinąłem głową.