Z Markiem, moim mężem, mamy niewielki domek na wsi. Przez długi czas był naszym azylem: prawie w każdy weekend uciekaliśmy tam od miasta. Sadzenie kwiatów, grzebanie w ogródku, grill, cisza i śmiech — proste rzeczy, które potrafiły naładować człowieka lepiej niż urlop.
Potem jednak coś zaczęło się przesuwać jak cień, początkowo prawie niezauważalnie. Mark coraz częściej odmawiał wyjazdów. Zawsze miał gotową odpowiedź: „pilna praca”, „jestem zmęczony”, „głowa mnie boli”, „może następnym razem”. Na początku uznałam to za zwykły gorszy okres.
Aż do dnia, w którym zadzwoniła sąsiadka z naszej wioski. Rozmawiała tak, jakby mówiła o pogodzie.
— Słuchaj… widziałam wczoraj twojego męża przy domku — rzuciła swobodnie.
Nie od razu zrozumiałam sens tych słów. Przecież Mark miał być w pracy cały dzień.