— Chyba się pomyliłaś — odpowiedziałam. — On nawet nie wyjeżdżał z miasta.
— Nie, jestem pewna. Wychodził z domu i przez dłuższą chwilę przenosił coś z samochodu — odparła spokojnie.
Niepokój, który nie chciał odpuścić
Gdy się rozłączyłam, poczułam, jak ściska mi się żołądek. W głowie pojawiły się pytania, których nie dało się już „odsunąć na później”. Skoro był tam naprawdę, dlaczego mi nie powiedział? Po co ukrywać takie wyjazdy? I co ważniejsze — co takiego robił, że wolał milczeć?
- Dlaczego jeździ sam, skoro wcześniej zawsze jeździliśmy razem?
- Co oznacza przenoszenie rzeczy z auta do domu?
- Czemu nie wspomniał o wizycie ani słowem?
W kolejny weekend Mark znów oświadczył, że nigdzie nie jedzie. Ton miał obojętny, jakby sprawa w ogóle nie była warta rozmowy.
— To może pojadę sama, przewietrzę się choć trochę — zaproponowałam ostrożnie, obserwując jego reakcję.
Wtedy stało się coś, co zapaliło mi w głowie czerwone światło. Mark zesztywniał, a jego odpowiedź padła zbyt szybko, zbyt ostro.
— Nie — powiedział. — Nie chcę, żebyś tam jechała. Będzie mi spokojniej, jeśli zostaniesz w domu.
W tej jednej chwili zrozumiałam, że nie chodzi o zmęczenie ani o pracę. Chodzi o to, żebym czegoś nie zobaczyła.
Decyzja, której bałam się najbardziej
Kiedy Mark wyszedł, uznałam, że nie mogę dłużej żyć w domysłach. Spojrzałam przez okno: wsiadł do samochodu i ruszył w stronę wsi. Odczekałam chwilę — tyle, by nie było widać, że jadę za nim — i ruszyłam tym samym kierunkiem.