Wszyscy pokiwali głowami, jakby rozumieli.
Daniel stał na skraju łóżka, z rękami w kieszeniach, z tym napiętym, uprzejmym wyrazem twarzy, którego używał wobec obcych. Pocałował Grace w czoło i powiedział jej, że jest odważna.
Wtedy zadzwonił jego telefon i wyszedł na korytarz.
Kiedy zapytałem, kto to jest, odpowiedział: „Praca. Nic takiego”.
W piątek po południu przenieśli ją na oddział intensywnej terapii.
Pielęgniarka o imieniu Hannah przedstawiła się zmęczonym wzrokiem i szybkimi, wyćwiczonymi ruchami. Sprawdziła kartę Grace, zakreśliła grubym atramentem ostrzeżenie o alergii i powiedziała: „Dobrze zrobiłaś, przyprowadzając ją”.
W sobotę rano rozpoczęły się alarmy.
Pielęgniarka o imieniu Kara zablokowała ręką drzwi OIOM-u. „Proszę pani, musi pani tu zostać”.
„Moja córka jest tam” – powiedziałem. „Ma pięć lat”.
„Wiem” – odpowiedziała Kara. „Potrzebujemy przestrzeni”.
Patrzyłem, jak nieznajomi przemykają obok mnie. Patrzyłem, jak drzwi otwierają się do środka, a potem zamykają z powrotem.
Kilka minut później na korytarz wszedł lekarz o spokojnym głosie i zaciśniętej szczęce. Na jego identyfikatorze widniał napis „Dr Patel”.
„Bardzo mi przykro” – powiedział. „Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy”.
Daniel położył mi dłoń na ramieniu.
Potem wszystko zlało się w jedną całość, jak jakiś gorączkowy sen.