Także Aleksander, narzeczony Ludmiły, przestał bywać tak często jak dawniej. Najpierw znikał na dzień, potem na dwa, aż w końcu pojawiał się tylko na chwilę, raz czy dwa w tygodniu. Wyglądał na zmęczonego, myślami odlatywał gdzieś daleko, a jego ciepło — kiedyś naturalne — stało się jakby wyuczone.
Wiera nie miała już czasu na długie rozmowy, tylko załatwiała sprawy „na szybko”.
Aleksander tłumaczył się pracą i obowiązkami w domu.
Ludmiła starała się wierzyć, ale w środku rosła jej cicha niepewność.
Gdy Ludmiła mówiła, że tęskni, Aleksander odpowiadał, że „normy są teraz takie, że człowiek ledwie stoi”. Przytulał ją, obiecywał, że po ślubie wszystko się zmieni — będzie już tylko ich wspólne życie. A jednak w tych uściskach brakowało dawnej swobody. Dotyk był ciepły, ale jakby spóźniony, a oczy — jakby ukrywały coś, czego nie chciały zdradzić.
Spotkanie przy studni, które zapamiętała na zawsze
Pewnego dnia, wracając z poczty z listem od ciotki z miasta, Ludmiła zobaczyła Wierę i Aleksandra przy starej studni z żurawiem. Rozmawiali żywo, lecz gdy tylko ją spostrzegli, urwali w pół zdania. Wiera uśmiechnęła się z lekkim zawstydzeniem i szybko zaproponowała, by Ludmiła pomogła jej przyszyć koronkową tasiemkę do sukni.
Ludmiła, choć poczuła ukłucie w żołądku, zgodziła się bez wahania — tak jak zawsze. Zaprosiła też Aleksandra do siebie na kapuśniak i ciasto, które lubił od lat. On odmówił, powołując się na obowiązki w domu i wyjazd rodziców na targ. Obiecał za to, że przyjdzie następnego wieczoru, pod starą wierzbę nad wodą.