1950 rok: Złapałam narzeczonego z najlepszą przyjaciółką w sadzie — więc poślubiłam jej wybranka na złość, a związek zbudowany na urazie zamienił się w namiętność i cichą zemstę, o której będą szeptać przy studni jeszcze dwadzieścia lat

Podwójne szczęście zaplanowane na jeden dzień
Gdy wreszcie życie zaczęło układać się spokojniej, pojawiła się radość, na którą czekała cała osada: obie przyjaciółki miały wyjść za mąż. Ustalono, że wesela odbędą się tego samego dnia — na początku września, kiedy złoto liści miesza się jeszcze z zielenią traw. Ludmiła była zaręczona z Aleksandrem, a Wiera z Wiktorem. Chłopcy trzymali się razem od lat, tak jak dziewczyny, więc ludzie w Kalinowskiej mówili, że to „cztery połówki jednej historii”.

— Jeden dzień, jedna uroczystość dla wszystkich… A może i dzieci kiedyś urodzą się w podobnym czasie? — rozmarzyła się Wiera, kręcąc się po izbie Ludmiły, gdy przyniesiono wiadomość z urzędu o przyjętych podaniach.

Ludmiła odpowiedziała ciszej, ostrożniej. Cieszyła się, ale gdzieś pod sercem miała drżenie — jakby stała na brzegu czegoś wielkiego i nie do końca znanego. Wiera szybko przytaknęła, uspokajając przyjaciółkę, że to naturalne: przed ważnym krokiem każdy się boi, a strach z czasem zmienia się w słodkie oczekiwanie.

Coraz rzadsze wizyty i niepokojąca cisza
Lato toczyło się powoli ku końcowi. Ludmiła z matką szykowały wyprawę: wybierały wzory na haftowane ręczniki, przeglądały pościel, planowały świąteczne potrawy. Wiera natomiast zaczęła wpadać coraz rzadziej — tłumaczyła się pomocą przyszłej teściowej i własnymi przygotowaniami. Niby wszystko brzmiało rozsądnie, a jednak w jej zachowaniu czuć było pośpiech i napięcie.