Tego ranka zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy: skłamałam. Powiedziałam, że idę jak zwykle na spacer, „żeby się poruszać”. Uśmiechnęłam się spokojnie, jakby to był kolejny zwyczajny dzień. Tylko że zamiast do parku pojechałam prosto do banku — tego samego, w którym przez lata odkładałam każdy grosz.
Od kiedy skończyłam siedemdziesiąt lat, moja córka praktycznie nie odstępowała mnie na krok. Tłumaczyła, że to przypadek. Że akurat ma więcej czasu. Że chce „nacieszyć się mną, dopóki jestem jeszcze w dobrej formie”.
Chodziła ze mną wszędzie: do lekarza, na targ, do oddziału banku, gdzie trzymałam oszczędności całego życia. Na początku łudziłam się, że to czysta troska. Bo matka bardzo chce wierzyć, że ktoś ją przytula z miłości, a nie po to, by ją unieruchomić.
„To dla twojego bezpieczeństwa” — powtarzała, ściskając mnie pod ramię.
„Lepiej, żebym była obok” — mówiła, kiedy sięgałam po dokumenty.