Pierwsze wspomnienie, które mogę przywołać z całą pewnością, to podłoga lotniska, zimne, nakrapiane kafelki i zapach precli i nafty.
Miałam pięć lat i nosiłam wielki, puchowy czerwony płaszcz, w którym wyglądałam jak chodząca pianka. Moje stopy nie sięgały krzesła, kiedy siadałam, więc machałam nogami w przód i w tył, obserwując, jak taśma bagażowa wypluwa walizki, jakby w jakiejś niekończącej się sztuczce magicznej. Pojawiły się brązowe walizki, potem czarne, potem jaskrawoniebieska, a nawet różowa ozdobiona wstążką.
Moi rodzice kazali mi czekać przy karuzeli.
„Nie ruszaj się” – powiedziała moja mama tym samym niecierpliwym tonem, którego używała wobec psa, którego ledwo lubiła. „Pójdziemy po samochód”.
Mój ojciec już zaczął odchodzić, lustrując wzrokiem tłum, nie patrząc na mnie. Ścisnął mnie za ramię raz, mocno i krótko, po czym obaj zniknęli w poruszającym się tłumie podróżnych.