Widoczność spadała niemal do zera.
Droga wiła się między ciemnymi pniami sosen.
Każda minuta w trasie była próbą skupienia.
Samotność wydawała się częścią planu.
Mason miał trzydzieści sześć lat i posturę człowieka, którego życie ukształtowały obowiązki. Szerokie barki, ramiona pamiętające ciężar plecaków i wyposażenia. Włosy przystrzyżone krótko bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Na skroni i policzku ciągnęła się jasna blizna — pamiątka po wydarzeniu, które nauczyło go, jak niewiele dzieli człowieka od granicy, zza której się nie wraca. Jego stalowoszare oczy zwykle były opanowane i uważne, lecz ostatnio zagnieździło się w nich coś nowego: zmęczenie, a może cichy cień po misji, o której nie wolno było mówić.
Wrócił do domu bez fanfar i bez świętowania. Usłyszał jedynie proste polecenie: zniknąć na pół roku. Wyjechać gdzieś zimno, daleko i spokojnie. Nauczyć się stać w miejscu, nie wypatrując zagrożenia w każdym ruchu.