Maria patrzyła na nią twardo. Kławdia, sanitariuszka z wojskowego szpitala, potrafiła namieszać w życiu Marii, zanim jeszcze wojna odebrała resztę spokoju. Maria nie musiała słyszeć plotek — widziała kiedyś jedno spojrzenie, wymienione ukradkiem, i to wystarczyło.
Miasto zamarzało, a ludzie liczyli każdy kawałek drewna i każdy kęs.
Maria trzymała się pracy w piekarni, bo to była jej jedyna pewność.
Kławdia przyszła pod pretekstem listu, ale nie tylko o list chodziło.
— Może… przyszło jakieś zawiadomienie? — Kławdia mówiła cicho, jednak w oczach miała gorączkowy błysk.
— Nie doczekasz się — syknęła Maria i zrobiła krok w jej stronę, gotowa ją wypchnąć.
Wtedy ból uderzył nagle, tak mocno, że Maria oparła się o ścianę. Zabrakło jej tchu. Świat zawirował, nogi zrobiły się miękkie.
— Co jest?! — Kławdia chwyciła ją pod łokieć. Jej dłonie okazały się zaskakująco pewne. — Ty… rodzisz?
— Lekarz… — Maria wyszeptała. — Sąsiad… Siemion Borisowicz…
— Już biegnę!
Kławdia zniknęła w ciemnym korytarzu, a Maria osunęła się na podłogę, zaciskając zęby, by nie obudzić Anny. Chciała być cicho, choć ciało nie pytało jej o zgodę.
Po kilkudziesięciu minutach, w świetle kopcącej lampki, przybył doktor — starszy, zgarbiony, wycieńczony jak wszyscy. Siemion Borisowicz Goldman mówił spokojnie, jakby samym głosem chciał utrzymać w ryzach to, co wymykało się spod kontroli. Kławdia zdjęła płaszcz, zagotowała wodę na „kozie” i porozrywała czystą prześcieradło na prowizoryczne pieluszki.
W pewnej chwili Maria pomyślała, że to niemożliwe: w środku wojny, zimna i nieufności, dwie kobiety robią jedno — próbują pomóc nowemu życiu wejść na świat.
„Dawaj, Maszeńko… jeszcze trochę. Dasz radę.”
Ostatnim wysiłkiem Maria urodziła. Płacz był cieniutki, niemal jak szept — a jednak był najpiękniejszym dźwiękiem tej nocy.
— Dziewczynka — powiedział lekarz z ulotnym uśmiechem. — Maleńka, ale żywa.
Maria patrzyła, jak Kławdia zawija dziecko w skrawek materiału. Po policzkach Marii płynęły łzy, których sama nie potrafiła nazwać: wdzięczność, lęk i rozpacz w jednym. Jak ona ją wykarmi? Jak ochroni dwie córki w mieście, które nie miało już sił?
Doktor obiecał zajrzeć następnego dnia i wyszedł. Kławdia jednak nie ruszyła się z miejsca. Usiadła na taborecie i długo wpatrywała się w płomyk lampki.
— Dziękuję — powiedziała Maria cicho, jakby słowo ważyło tonę. — Nie spodziewałam się po tobie.