Nazywam się Natalie Pierce i długo myślałam, że w moim domu miłość działa jak umowa: coś za coś. Uśmiech, pochwała, odrobina ciepła — wszystko miało cenę. A kiedy nie chciałam jej zapłacić, traktowano mnie jak kogoś, kto „zawiódł rodzinę”.
Dorastałam w Fort Worth w Teksasie. Moja starsza siostra Brooke była w centrum uwagi, a ja miałam krążyć wokół niej cicho i bez narzekania. Jej najmniejszy sukces wywoływał zachwyt. Moje starania? Zwykle kończyły się kolejną listą obowiązków.
Gdy Brooke coś zgubiła, winna byłam ja — bo „powinnam pilnować”. Kiedy jej oceny spadały, słyszałam, że ją rozpraszam. Logiki w tym nie było, ale w naszym domu liczyło się jedno: to ja miałam się dopasować.