Czasami przeszłość pozostaje cicha — aż do momentu, gdy przestaje. Gdy stary list wypadł z zakurzonej półki na strychu, otworzyłem rozdział mojego życia, który myślałem, że dawno zamknąłem.
Zazwyczaj nie myślałem o niej. A jednak co roku w grudniu, kiedy dom spowijał zmierzch o piątej, a stare światełka migotały w oknie jak kiedyś, Sue zawsze powracała do moich myśli.
Nie szukałem jej.
To nie było zamierzone. Przychodziła nagle, jak zapach sosny. Po trzydziestu ośmiu latach nadal wędrowała po zakamarkach Bożego Narodzenia. Nazywam się Mark, obecnie mam 59 lat. Kiedy miałem dwadzieścia lat, straciłem kobietę, z którą myślałem, że spędzę resztę życia.
Nie dlatego, że miłość wygasła, ani że mieliśmy dramatyczną kłótnię. Po prostu życie stało się głośne, szybkie i skomplikowane w sposób, którego nie mogliśmy przewidzieć, gdy byliśmy tymi naiwnością młodymi studentami, składającymi obietnice pod trybuną.
To nigdy nie było zamierzone.
Susan — Sue dla przyjaciół — miała w sobie cichą, silną aurę, która wzbudzała zaufanie. Była osobą, która mogła siedzieć w zatłoczonej sali, a jednocześnie sprawiać, że czułeś się, jakbyś był jedyną osobą na świecie.