— Dlaczego? — zapytałem.
Juniper zawahała się tylko na moment.
— Powiedziała, że nie powinnam ci mówić.
Wstałem wolno. W głowie miałem tysiąc myśli, ale wszystkie prowadziły do jednego wniosku: nie ma żadnego „dobrego” powodu, by prosić dziecko, żeby ukryło się w łazience tuż przed ślubem ojca.
Wyszedłem na zewnątrz.
Maribel wyglądała olśniewająco — uśmiechnięta, promienna, witała gości, jakby wszystko przebiegało idealnie. Ten kontrast zabolał mnie bardziej, niż się spodziewałem. Podszedłem do niej i delikatnie odciągnąłem ją na bok, starając się utrzymać równy ton.
— Dlaczego kazałaś mojej córce siedzieć w łazience? — zapytałem wprost.
Maribel przewróciła oczami, jakby chodziło o błahostkę.
— Grant, uspokój się. Twoja córka ma tendencję do mieszania się w sprawy, które jej nie dotyczą.
Poczułem, jak napina mi się szczęka.
— Co ty właściwie masz na myśli?
— Tak było po prostu… łatwiej — odpowiedziała z niecierpliwością, jakby tłumaczyła coś oczywistego.
— Łatwiej? W jaki sposób? — dopytałem, choć już bałem się odpowiedzi.
- Nie chodziło o pomyłkę ani o organizacyjny chaos.
- To była decyzja podjęta świadomie — i to zabolało najbardziej.