To, co czyniło to niemal ironią, to prawda: zapłaciłam zaliczkę za ten dom. Moje dochody pokryły większość kredytu hipotecznego, a nieruchomość była prawnie na moje nazwisko, ponieważ kupiłam ją przed ślubem z Ethanem, a później zrefinansowałam na podstawie umowy przedmałżeńskiej, o której Margaret nic nie wiedziała.
Punkt krytyczny nastąpił w czwartkowe popołudnie.
Właśnie zakończyłem trudną rozmowę negocjacyjną i poszedłem do kuchni, żeby oczyścić umysł. Margaret była już zirytowana, bo kurier przywiózł kilka próbek produktów na potrzeby jednej z moich kampanii. Spojrzała gniewnie na pudełka i warknęła: „Kolejny bezużyteczny badziew? Ludzie, którzy nie pracują, zawsze wydają cudze pieniądze”.
Spokojnie powiedziałem jej, że musi przestać tak do mnie mówić.