Silnik zgasł dwie przecznice przed rezydencją. Roberto nie wezwał pomocy i nie naciskał klaksonu — właśnie o to chodziło. Chciał wrócić tak, by nikt nie zdążył się przygotować. Ten powrót planował od kilku dni z chłodną dokładnością człowieka, który ma dość wątpliwości.
Poprawił czerwony krawat, choć i tak czuł, jakby coś ściskało go w gardle. Ostatni tydzień niemal nie spał. W lusterku zobaczył przekrwione oczy i zmęczenie, którego nie dało się ukryć.
— Trzy dni — mruknął do siebie. — Powiedziałem im, że jadę na konferencję za granicę. Teraz dowiem się, kim naprawdę jest ta dziewczyna.
Roberto celowo upozorował wyjazd.
Wrócił wcześniej, by sprawdzić, co dzieje się w domu.
Najbardziej bał się o zdrowie swojego synka.
Opiekunkę, Elenę, zatrudnił zaledwie miesiąc wcześniej. Poleciła ją tania agencja, bo żadna doświadczona pielęgniarka nie chciała pracować w domu, w którym panowała ciężka atmosfera. Elena była inna: zbyt pogodna, zbyt „kolorowa” jak na miejsce, gdzie od dawna rządziły lęk i cisza.
Ziarno podejrzeń zasadziła sąsiadka, pani Gertrudis — typ osoby, która zna cudze sprawy lepiej niż własne. Powtarzała, że w domu słychać krzyki, przesuwanie mebli, a potem głośną muzykę. Jej słowa brzmiały jak ostrzeżenie: „Ci, którzy tak dużo się uśmiechają, często coś ukrywają”.
„Głośna muzyka przy chorym dziecku? Uważaj, Roberto. Niektórzy uśmiechają się tylko po to, by zmylić.”