Sprawdziłam telefon — cisza. Minęło pół godziny, potem godzina. Zdjęłam kolczyki, buty, znów podeszłam do okna. Kolejna godzina. Zapach róż stał się cięższy, a milczenie gęstniało jak mgła.
Czas w nocy potrafi być bezlitosny — nie idzie, tylko sączy się kropla po kropli.
Zasnęłam dopiero nad ranem, płytko, z urywanymi myślami. Gdy otworzyłam oczy, w pokoju było jasno. Adrian siedział przy oknie. Nie próbował mnie obudzić. W palcach trzymał niedopałek papierosa — a palił rzadko.
„Co się stało?” — zapytałam. Mój głos zabrzmiał ciszej, niż chciałam.
Patrzył na panoramę miasta, jakby układał słowa w głowie. W końcu spojrzał na mnie. W jego oczach nie było paniki. Był konflikt.
„Vivienne… jest prawda, której nie mogę już odkładać.”