Mam na imię Vivienne Hartley. Wyszłam za mąż w wieku dwudziestu ośmiu lat — i tego samego ranka przestałam być żoną.
Nowy Jork zawsze wydawał mi się żywym organizmem: metro oddychało ambicją, a poranki nad East River pachniały obietnicą. Ludzie chodzili szybko, jakby przyszłość stała tuż za rogiem. Przez długi czas byłam pewna, że moja przyszłość idzie obok mnie.
Adrian Clarke miał trzydzieści dwa lata, kiedy stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Był człowiekiem, przy którym chaos wyglądał na chwilowy. W mieście pełnym hałasu poruszał się tak, jakby w środku burzy znalazł ciszę. Pracował w zarządzaniu inwestycjami, nosił idealnie skrojone garnitury i mówił spokojnie — prawie zawsze z pewnością w głosie.
Poznaliśmy się na gali charytatywnej. Zamiast popisywać się urokiem, zadawał pytania, słuchał i pamiętał detale. Kiedy obiecywał, że zadzwoni, dzwonił. Kiedy mówił, że przyjdzie, był przed czasem. W Nowym Jorku taka konsekwencja bywa luksusem.