Pewnego wieczoru, gdy zapinałem koszulę, żeby iść do pracy, wzięła moją twarz w dłonie. Jej palce poruszały się powoli, jakby nawet uczucie musiało przejść przez fazę ostrożności, zanim do mnie dotarło. „Nie musisz być silny w każdej chwili” – wyszeptała. „Możesz mi powiedzieć, kiedy się boisz”.
Pocałowałem ją w czoło i skłamałem z czułością, na którą nie zasługiwałem. Powiedziałem jej, że jestem po prostu zmęczony, że praca mnie wykańcza, że wszystko się ułoży, gdy tylko znajdziemy swój rytm. Skinęła głową, bo chciała mi wierzyć, a ja jej na to pozwoliłem, bo prawda wciąż była we mnie bezkształtna, egoistyczna, a ja jeszcze jej nie nazwałem.
Christina wkroczyła w moje życie pewnego wtorkowego popołudnia z mrożoną kawą w dłoni i pewnością siebie, która przykuła uwagę wszystkich. Konsultantka zatrudniona przez naszą firmę dla klienta w trudnej sytuacji, miała na sobie lakierowane szpilki, jaskrawoczerwoną szminkę i cichy, rozbawiony śmiech. Jej pierwszy komentarz brzmiał: „Wyglądasz, jakbyś nie spał od czasów Obamy!”. Śmiałem się głośniej, niż na to zasługiwał żart, tak miło było być zauważonym, nie będąc jednocześnie niezastąpionym.